PO ROZMOWIE Z A. POCZUŁAM SIĘ STRASZNIE DZIWNIE. A. BEZ POWODZENIA (NIESTETY) STARAŁA MI SIĘ WIBIĆ GO Z GŁOWY WSKAZUJĄC NA BEZNADZIEJE, JAKĄ SOBIE NA WŁASNE ŻYCZENIE FUNDUJĘ… TERAZ, GDY WYJECHAŁA, JEST MI PODWÓJNIE CIĘŻKO. CZUJĘ SIĘ PODWÓJNIE NIEKOCHANA I SAMOTNA. I CHOĆ ROZŁĄKA Z A. BĘDZIE TRWAŁA TYLKO KILKANAŚCIE TYGODNI, A POTEM WSZSYTKO WRÓCI DO NORMY… ON NIGDY NIE BĘDZIE MÓJ… I MUSZĘ SIĘ Z TYM POGODZIĆ, ZAPOMIEĆ I ŻYĆ DALEJ. MUSZĘ WYZBYĆ SIĘ CODZIENNYCH MYŚLI O NIM, MUSZĘ NAUCZYĆ SIĘ ZAPEŁNIAĆ KAŻDĄ WOLNĄ SEKUNDĘ CZYMŚ INNNYM NIŻ SNAMI O NIM.

NIE UMIEM PRZESTAĆ.
NIE UMIEM TAK DALEJ ŻYĆ.

WSZYSTKO MI SIĘ WALI, BO ZAMIAST KONCENTROWAĆ SIĘ NA PRACY, KTÓRA MIAŁA PRZYNIEŚĆ UKOJENIE I ULGĘ, MYŚLĘ TYLKO O NIM….. I OD KILKUNASTU MIESIĘCY NIE POTRAFIĘ ZNALEŹĆ SATYSFAKCJONUJĄCEGO WYJŚCIA Z TEJ SYTUACJI… PUSTKA I ON W ODDALI…